Gedichte von Marek Maj (PL & DE)

Lecz

Zwiedziłem wielkie zwoje map –
A tak niewiele krain.
Lecz znam się na oddali,
Jak w zdartych butach tramp.

Rachować umiem ledwie stu,
Choć chciałbym milion cały –
Lecz wiatr mam w palcu małym,
Jak dziecko w snach gu-gu.

Wzniecałem ogień, który cichł –
O sensie mówić szkoda,
Lecz znam się na ogrodach
I ważnych sprawach ich!

 

Doch

Ich bereiste große ausgerollte Karten
Aber nirgends blieb ich lang
Doch kenn ich mich aus mit der Ferne
Wie ein Tramp in abgenutzten Schuhn

Ich kann kaum bis Hundert zählen
Und käme trotzdem gern auf eine Million
Doch Fliegen fällt mir immer so leicht
Wie einem kleinen Kind im Schlaf.

Ich entfachte ein Feuer, das verglühte
Darueber zu reden macht keinen Sinn.
Doch kenn ich mich aus mit Gärten
Und damit, was sie benötigen.

Nad przyszłym winem
Andrzejowi Lewandowskiemu

Nasza młodość herbaciana,
Przegadane w szklankach fusy –
Słońce sepii w antyramach
Ćwicząc bezruch zmierzchem prószy.

Nasze ślubne garnitury
Poszczuplały w naszych szafach
Obok ślubnych sukien, z których
Biel opadła i spełzł zapach.

Wydobyte spoza marzeń
Nasze żony – ciche wody
Urodziły światu w darze
Pokolenie naszych młodych.

Nasze brzaski i ramoty,
Stręczyciele chwil magicznych,
Już mieliśmy je na dotyk…
Wracaliśmy do ulicznic.

Nim zsiwieje złota jesień
Nasze sprawy ciągle w toku,
Nasze wino cicho pnie się
Po słonecznej stronie stoków.
Beim künftigen Wein
Für Andrzej Lewandowski

Unsere Tee-Jugendzeit,
Teesatz in Gläsern nach endlosen Gesprächen,
Die Sonne im Wechselrahmen
Úbt den Stillstand, streut die Dämmerung aus.

Unsere Hochzeitsanzüge
Wurden schlanker in unseren Schränken
Neben den Hochzeitskleidern, von den
Das Weiß abfiel und der Duft rauskroch.

Unsere Ehefrauen – besser als erträumt
-Stille Wassser
Schenkten der Welt Nachkommen –
Unsere Jungen
Unsere Tagesanbrüche und Kitsch-Poesie,
Kuppler der magischen Augenblicke
Fast konnten wir sie berühren
Aber wir kehrten zu den Straßenmädchen

Bevor der goldene Herbst ergraut,
unsere Vorhabe im Gange,
Unser Weinreben ranken leise hoch
Am sonnigen Hang des Berges

Nie strącajcie wariatów z drzew

Nie strącajcie wariatów z drzew,
Niech realność ma czym zaszeleścić –
Rzewna radość, i taniec, i śpiew,
Głupie fikcje i złe opowieści.

Nie strącajcie wariackich złud,
Bo na drzewach dojrzeją najsłodziej,
Zaspokoją pragnienie i głód
Mistrz fantazji i jaźni czarodziej.

Nie strącajcie ich – oni tam
Mają miejsca nadane wieczyście,
I historie, i klucze od bram,
Jako przełom, i wyrzut, i czyściec.

Nie strugajcie wariatów z drzew,
Bo się w wióry rozsypią i w próchno,
I owoce wydadzą, jak gniew,
I bezlistnym szaleństwem wybuchną.

Stoßt die Narren nicht vom Baum hinab

Stoßt die Narren nicht vom Baum hinab
Lasst die Wirklichkeit mit etwas rascheln-
Mit Leidenschaft und Tanz, Gesang
Lustigen Maerchen und frechen Geschichten

Stoßt verrueckte Illusionen nicht hinab
Da sie am Baum am besten reifen
Stillen jeden Hunger, jeden Durst
Meister der Phantasie und Zauberer.

Stoßt sie nicht hinab – sie haben
dort für die Ewigkeit einen festen Platz,
eine Geschichte und Schlüssel zum Tor
Als Umbruch, Mahnung, Purgatorium.

Sägt die Narren nicht vom Baum,
weil sie in Späne zerbroeseln und Holz,
Und Fruechte treiben wie Wut
Und in blanken Wahnsinn fallen.

 

Wiem jak nie jest

Wiem jak nie jest i nie wiem jak jest…
Są głośniejsi co lepiej się znają,
Lecz gdy światłem podziałać wśród rzęs
Dojrzysz świat, co sam sobą się zajął.
Wiem jak nie jest i nie wiem jak jest,
A ta wiedza z najskrytszych doświadczeń,
A z niewiedzy pokornie jak pies
Patrzę w bezmiar, i patrzę, i patrzę…

Mam na imię… na drugie już nie,
Bo kalendarz miał braki na wiosnę –
Dwuimienne ze stworzeń są te,
Co są dumne i te, co są proste.
Mam na imię – na prąd czasem nie;
Trzeba wiedzieć, że trzeba chcieć więcej
I nie wiedzieć – jak głaz – o tym, że
Niemożliwy jest kaktus na ręce.

Wiem tak cicho, jak cichy jest szmer
Prawybuchu i praw dynamicznych;
Nie wiem głośno – szukając wśród sfer
Złud potocznych i kłamstw fantastycznych.
Wzrok w krzywizny ekliptyk się wplótł,
Więc w lekkości się ćwiczę po trosze,
I łopotań bezskrzydłych znam trud
I o lotność zabiegam i proszę…

Ich weiß wie’s nicht ist

Ich weiß wie’s nicht ist und weiß nicht wie‘s ist
Die’s besser wissen rufen ganz laut
Doch im richtigen Licht erblickst du
Eine Welt, die sich nur um sich selber dreht
Ich weiß wie’s nicht ist und weiß nicht wie‘s ist
Habe Weisheit aus tiefster Erfahrung
Und bin aus Dummheit gehorsam wie ein Hund
Schaue in die Unendlichkeit, schaue und schaue..

Ich heiße… einen zweiten Namen hab ich nicht,
weil der Kalender im Frühling keine Vorschläge hatte –
zwei Namen tragen nur die,
die stolz sind und einfach,
Ich habe einen Namen – aber nicht genug für Strom
Muss lernen, mich nicht abzufinden,
und nicht wie ein Stein zu glauben
dass ein Kaktus nicht aus der Hand wachsen kann.

Ich fühle es leise, so leise wie den Klang
Des Urknalls und der Dynamikgesetze.
Ich fühle es nicht laut, auf der Suche zwischen Sphären
Alltagsträumereien und eingebildeten Lügen.
Der Blick geht in die Krümmung der Eklipse,
so übe ich mich in Leichtigkeit,
ich weiß, dass es schwer ist, ohne Flügel zu fliegen,
und bitte und bemühe mich um Schwerelosigkeit.