XY von Joanna Rudniańska (PL)

Deutsche Version

Były sobie dwie dziewczynki. Były zupełnie takie same, jak dwie kurki wyklute z tego samego jajka. Ich matka urodziła je w lesie i naprawdę nie mogła z nimi wrócić do domu. Poszła więc do starej kobiety, która mieszkała w chacie na skraju lasu – jednej z tych staruszek, jakie często można było spotkać na wiejskich drogach: niskich i przygarbionych, okutanych w chusty i spódnice. Jedyne, co było w niej niezwykłego, to oczy: przejrzyste, ametystowe oczy o spojrzeniu, którego trudno zapomnieć.

Matka dziewczynek dała jej złoty pierścionek i poprosiła, aby zajęła się jej dziećmi. Stara kobieta powiedziała, żeby wróciła do domu i niczym się nie martwiła. Powiedziała jeszcze, że to wyjątkowo piękne dzieci i już ona się postara, aby miały piękne życie.
Działo się to w roku 1932 we wschodniej Europie, w Polsce, nad rzeką o nazwie Bug. Była tam wieś i był park, a w nim, otoczony starymi dębami i kasztanami, stał drewniany dwór. Każdego lata przyjeżdżało tu mnóstwo ludzi z miasta, a było ich tylu, że nie mieścili się we dworze i niektórzy z nich mieszkali w słomianych chatkach w parku.
Stara wieśniaczka przez trzy dni opiekowała się dziewczynkami, a czwartego dnia, o odpowiedniej porze, zaniosła je do lasu i ułożyła przy drodze, w dołku wysłanym trawą. Było piękne letnie popołudnie, gorące i brzęczące tysiącami owadów, prześwietlone promieniami słońca, pachnące trawą i rozgrzanym piaskiem. Dziewczynki leżały spokojnie i patrzyły na korony wysokich sosen, kołyszące się majestatycznie na tle niebieskiego nieba.
Właśnie wtedy dwie młode kobiety, które przyjechały tu na wakacje, udały się na spacer do lasu. Miały zbierać prawdziwki, których tamtego roku było bardzo wiele, ale zamiast tego zawzięcie rozprawiały o Bogu i o filozofii. Gdy wchodziły do lasu, zobaczyły niziutką staruszkę z wiązką chrustu na ramieniu. Staruszka stała przy drodze i patrzyła na nie uważnie. „Jakie ona ma dziwne oczy” – pomyślały sobie kobiety, ale żadna nie powiedziała tego na głos.
Szły dalej leśną, piaszczystą drogą i były tak zajęte rozmową, że mało brakowało, a nie zauważyłyby świeżo urodzonych bliźniaczek, leżących tuż obok drogi. Ale właśnie wtedy, gdy je mijały, stara wieśniaczka wydała dziwny okrzyk – głuche pohukiwanie – zupełnie, jakby była sową: hu, hu, hu. Kobiety zatrzymały się, rozejrzały dookoła i dopiero wówczas zobaczyły dziewczynki – dwa niemowlaki leżące w trawie! Podbiegły do nich i bez zastanowienia wzięły je na ręce, jedna jedną, a druga drugą bliźniaczkę.
I tak już zostało, bo w tym samym momencie obie kobiety pokochały dziewczynki nad życie, oczywiście każda z nich właśnie tę, którą trzymała w swoich ramionach. I każda z nich uważała, że właśnie ta dziewczynka jest najpiękniejszym dzieckiem na świecie.
Kobiety nie chciały chwalić się maleńkimi dziewczynkami przed wszystkimi – tak jak byłoby to, gdyby znalazły dorodne prawdziwki. Wróciły jak najszybciej ze spaceru, wkradły się do dworu kuchennymi drzwiami i, niezauważone przez nikogo, poszły do pokoju zarządczyni, pani Marii. Była to bardzo zaradna kobieta. Sprowadziła natychmiast mężów obu kobiet, również doktora i kilka innych osób, postarała się o butelki, smoczki, mleko i pieluszki. Zrobiono dyskretny wywiad we wsi, ale nikt nic nie wiedział o nowonarodzonych dzieciach. Kobiety i ich mężowie postanowili zatrzymać dziewczynki na zawsze, tak jakby to były ich własne córeczki.
Następnego dnia, wczesnym rankiem, obie dziewczynki – każda ze swoimi nowymi rodzicami, opuściły dwór nad Bugiem i pojechały do Warszawy i tam zamieszkały w odległych dzielnicach, które dzieliła rzeka, jedna w kamienicy na ulicy Pięknej, a druga w willi na Saskiej Kępie. Rodziny, które je zaadoptowały, postanowiły nigdy więcej się nie kontaktować i nie mówić bliźniaczkom prawdy o ich pochodzeniu.
Dziwnym trafem obu dziewczynkom dano to samo imię: Hanna. I obie nazywano jego zdrobnieniem: Hania. Obie Hanie miały dobrych rodziców, miały też babcie, dziadków i kuzynów, wychowywały się w dostatnich i spokojnych domach, były kochane i rozpieszczane. Nie pamiętały swojego niemowlęctwa, zatem żadna z nich nie wiedziała, że ma siostrę.
Pewnego dnia zobaczyły się jednak. Miały nie więcej, niż po cztery lata. A było to w operze, dokąd zabrali je rodzice. Wystawiano „Madame Butterfly”. Obie dziewczynki, zupełnym przypadkiem ubrano w różowe, aksamitne sukienki. Toteż nic dziwnego, że gdy ujrzały się z daleka w szatni, pomiędzy czarnymi nogawkami wizytowych spodni mężczyzn i długimi, opalizującymi kloszami jedwabnych sukni kobiet, każda z nich wzięła tę drugą za swoje lustrzane odbicie, bo luster było tam mnóstwo. Zapomniały o tym natychmiast, przejęte wizytą w operze, ale potem, podczas przedstawienia, które było długie i nudne, rozglądały się dookoła i każda z nich zobaczyła tę drugą, tak podobną do siebie i podobnie ubraną, siedzącą na przeciwległym balkonie. Matka jednej z nich zorientowała się, na kogo patrzy jej córka i podczas przerwy opuściły operę, ponieważ nagle rozbolała ją głowa. Gdy wychodziły, po pustej szatni przechadzała się niziutka, stara dama w ametystowej kolii, tak bardzo pasującej do jej oczu. Stara dama skinęła lekko głową w stronę dziewczynki, a ona pomyślała, że to jakaś znajoma jej rodziców. Potem, przy kolacji opowiedziała o obcej, a jednak tak podobnej dziewczynce, ale nikt nie podjął tematu, więcej: zostało wyraźnie zaznaczone, że musiało to być przywidzenie. Druga dziewczynka również nie obejrzała opery do końca, ponieważ w trzecim akcie przytuliła się do swojego tatusia i zasnęła, nie zważając na głośną muzykę. I śniła jej się siostra bliźniaczka, las i niziutka staruszka, która zamiast oczu miała liliowe kryształy.
Każda z dziewczynek zapomniała wkrótce o tej drugiej, ale czasami czuła się okropnie samotna i wtedy wyobrażała sobie, że ma siostrę bliźniaczkę.
Trudno jest opowiadać o dwóch dziewczynkach, które nie tylko są takie same, ale również mają takie same imiona. Dlatego też, dla ustalenia uwagi, jedną dziewczynkę będziemy nazywali Hanią X, a drugą Hanią Y.
Gdy Hania X miała pięć lat, dowiedziała się, że jest Żydówką. A było to tak: pokłóciła się z kolegą z przedszkola i powiedziała mu, że jest głupkiem, na co on krzyknął na nią „Ty Żydówko”. Hania X poskarżyła na kolegę swojej mamie.
– On nie powiedział ci nic obraźliwego – rzekła mama – Powiedział prawdę. Jesteś Żydówką, bo ja jestem Żydówką. To nic złego. To ty powinnaś go przeprosić, bo nazwałaś go głupkiem. Nie można tak mówić do kolegów.
Hania X nie zrozumiała, co to znaczy, że jest Żydówką. Ale skoro mama powiedziała, że to nic złego, nie przeszkadzało jej to.
Gdy dziewczynki miały po siedem lat i miały właśnie iść po raz pierwszy do szkoły, wybuchła wojna. A stało się to dokładnie tego dnia, w którym w całej Polsce zaczynał się nowy rok szkolny, pierwszego września. Na Polskę napadły hitlerowskie Niemcy. I zamiast chodzić do szkoły, dziewczynki musiały siedzieć w piwnicy, bo nad Warszawą latały samoloty i zrzucały bomby.
Pod koniec września Warszawa poddała się i dostała pod okupację niemieckich wojsk. Niemcy najpierw spisali i policzyli wszystkich Żydów, a następnie oznakowali ich: kazali im nosić na rękawach białe opaski z niebieską gwiazdą. A potem wydali rozporządzenie, że wszyscy Żydzi mają przeprowadzić się do getta, ogrodzonego wysokim murem i zamkniętego jak więzienie miasta w mieście.
Hania X i jej rodzice musieli opuścić swoje wielkie mieszkanie na ulicy Pięknej, niedaleko parku Ujazdowskiego, i przeprowadzić się do mieszkania dziadka i babci na ulicy Twardej, która znajdowała się w getcie. Ponieważ zamieszkali tam również ciocie i wujkowie Hani, u dziadków zrobiło się bardzo ciasno i Hania razem z rodzicami mieli dla siebie tylko jeden mały pokoik. Hania X bardzo żałowała, że już nie ma swojego ślicznego pokoju z zasłonami w misie i większości swoich zabawek. A najbardziej żal jej było psa Cygana, czarnego puchatego szczeniaka o grubych łapach, który musiał zostać u sąsiadów. W dodatku, zanim wyprowadziła się z ul. Pięknej, dzieci z podwórka powiedziały jej, że sąsiedzi na pewno wyrzucą Cygana na ulicę albo go zabiją, bo nikt nie będzie się zajmował żydowskim psem.
Hania X nigdy nie przepadała za swoimi dziadkami i gdy przychodziła do nich z wizytą, chciała jak najszybciej wracać do domu. A teraz nie mogła już tego zrobić. Musiała być z nimi zawsze.
Pewnego dnia Hania X i Hania Y zobaczyły się po raz drugi. A było to tak: Hania Y i jej rodzice jechali tramwajem do cioci. Tramwaj jechał przez getto, chociaż nie miał tam żadnego przystanku. Hania Y patrzyła przez okno. W getcie było zupełnie inaczej, niż w Warszawie: było szaro, smutno i okropnie tłoczno. Gdy tramwaj zwolnił przed skrzyżowaniem, Hania Y zobaczyła ludzi stojących na chodniku, a wśród nich dziewczynkę taką samą jak ona i podobnie ubraną, w granatowy płaszczyk i ciemnoniebieski beret. Hania Y rozpłaszczyła nos na szybie i patrzyła na dziewczynkę, a wtedy dziewczynka podniosła rękę i pomachała jej. Hania Y uśmiechnęła się do niej, a gdy tramwaj minął skrzyżowanie, patrzyła za nią tak długo, aż dziewczynka zniknęła. To było takie dziwne! Gdy spojrzała na twarze rodziców, zrozumiała, że oni też widzieli tamtą dziewczynkę. Ale wcale nie byli zdziwieni. Byli zdenerwowani i przestraszeni. Czego oni się boją – zastanawiała się Hania. Tamta dziewczynka była w getcie, ogrodzonym wysokim murem mieście więzieniu. W getcie mieszkali Żydzi, to znaczy, że tamta dziewczynka jest Żydówką. A może ja też jestem Żydówką? Może zaraz wszystko się wyda i będę musiała zostać w tym strasznym miejscu? Tak pomyślała Hania Y i schyliła nisko głowę, aby nikt nie zauważył, że jest Żydówką.
Gdy po wizycie u cioci wrócili do domu, rozpłakała się i powiedziała rodzicom, że widziała w getcie taką samą dziewczynkę i że okropnie się boi, że jest Żydówką. Wtedy rodzice opowiedzieli jej o tym, jak została znaleziona w lesie razem ze swoją siostra bliźniaczką. Nocą, gdy rodzice już spali, Hania Y usiadła przy swojej toaletce, zapaliła lampkę i popatrzyła w lustro. Kim jestem – myślała. Kim byli moi prawdziwi rodzice? Może byli Żydami i moje miejsce jest w getcie? Może ja też jestem Żydówką? Czy wyglądam jak Żydówka?
Gdy Hania X zobaczyła swoją siostrę w oknie tramwaju, najpierw pomyślała, że ta dziewczynka jest nią, Hanią X, tylko w jakimś innym życiu, z innymi rodzicami, w życiu, w którym tylko przejeżdża tramwajem przez getto, a nie musi w nim mieszkać. Ale po chwili pomyślała, że to jest niemożliwe, podniosła rękę i pomachała dziewczynce w tramwaju, a tamta uśmiechnęła się do niej, przyciskając nos do szyby. Tramwaj powoli minął skrzyżowanie, a Hania X wciąż stała bez ruchu, popychana i potrącana przez idących ludzi, ciągnięta za rękę przez mamę.
– Ona jest taka sama, jak ja – powiedziała Hania X.
– Kto taki sam? – spytała mama.
– Dziewczynka. Widziałaś ją. Wiesz, kto to jest. Dlaczego jest taka sama? – pytała Hania X, wciąż nie ruszając się z miejsca.
– No chodź. Nie możemy tu stać.
– Nigdzie nie pójdę, jak mi nie powiesz. Będę tu stała do wieczora. Nawet, jak będzie godzina policyjna, całą noc.
– Chodź, proszę, powiem ci w domu – obiecała mama.
W domu mama opowiedziała jej, jak razem z poznaną na wakacjach kobietą znalazły w lesie dwie dziewczynki i ona wzięła jedną, a tamta kobieta drugą.
– Szkoda, że wzięłaś mnie, a nie tamtą dziewczynkę – powiedziała Hania X. – Nie byłabym wtedy Żydówką i nie musiałabym być tutaj, w tym okropnym getcie.
– To prawda. Szkoda, że cię wzięłam. Wiele bym dała, żeby cię tu teraz nie było i żebyś była bezpieczna. Kocham cię najbardziej na świecie i nawet nie mogę myśleć o tym, że może spotkać cię coś złego – powiedziała mama.
– Ja też cię kocham najbardziej na świecie. I tatę też – powiedziała Hania X i zrobiło jej się wstyd, że tak powiedziała do mamy.
A wieczorem, gdy wreszcie mogła wejść na chwilę do łazienki, bo przecież w jednej łazience musiało się umyć kilkanaście osób, stanęła przed lustrem i uważnie obejrzała swoją twarz. Miała włosy, które nie były ani ciemne, ani jasne, tylko kasztanowe, i oczy, które były trochę zielone, jak butelki, a trochę czarne, jak kałuże na ulicy. Kim jestem – myślała. Kim była ta kobieta, która mnie urodziła? Czy była Żydówką? I dlaczego zostawiła mnie w lesie? A może była Cyganką? I dlaczego – myślała Hania X, wszyscy mówią, że jestem tak podobna do mojej mamy, tymczasem moja mama wcale nie jest moją prawdziwą mamą!
Po tamtym wydarzeniu rodzice Hani Y bardzo się obawiali, że kiedy będą szli ulicą ze swoją córeczką, spotkają kogoś, kto zna jej siostrę bliźniaczkę, i że ten ktoś będzie chciał ja zabrać i oddać niemieckiej policji. Mógł to być ktokolwiek: sąsiad Hani X, albo jakiś znajomy jej rodziców. A jak można by wytłumaczyć, że ta dziewczynka nie jest tamtą dziewczynką, skoro były zupełnie takie same? Wyjechali więc wszyscy z Warszawy i zamieszkali nad rzeką Bug, w tym samym dworze, do którego kiedyś dwie kobiety przyniosły znalezione w pobliskim lesie bliźniaczki. Ale o tym nie mówiono.
Hani Y bardzo się tam podobało. Mogła biegać po polach, kąpać się w rzece, jeździć konno i chodzić z psami do lasu. Czasem spotykała niską, bardzo starą kobietę z wiązką chrustu na ramionach. Hania trochę się obawiała, peszyło ją spojrzenie tej kobiety, jej zimnych, przenikliwych, ametystowych oczu.
I tak nadeszło lato 1942. Hania Y miała dziesięć lat.
Hania X również miała dziesięć lat. W getcie było coraz straszniej. Niemcy pociągami wywozili Żydów do obozów zagłady, skąd nikt nie wracał. Któregoś dnia żydowscy policjanci weszli do domu dziadków Hani X i wyprowadzili wszystkich na podwórko, żeby zapędzić ich na plac, gdzie czekał pociąg. Ale Hania X nie wyszła z nimi. Tata kazał jej się schować w szafie babci i czekać, aż akcja się skończy.
– A potem masz iść do cioci Romki – powiedział.
Hania X siedziała więc w szafie, wychodziła z niej tylko na chwilę, aby się napić lub wziąć sobie coś do jedzenia. Wciąż słyszała kroki, strzały, równy rytm podkutych butów na ulicy. Raz usłyszała ciężkie kroki, były coraz bliżej i szafa została otwarta. Hania X nie została jednak zauważona, bo uchwyciła się drążka, na którym wisiały czarne sukienki babci, i podciągnęła wysoko kolana. Szafę wypełniał zapach, którego Hania X nigdy nie lubiła, zapach jej babci. Ale to on pozwolił jej przetrwać; czuła się tak, jakby jej babcia była tuż obok.
Dopiero po kilku dniach Hania X wyszła z szafy. Umyła się i uczesała, ubrała w swoją wizytową sukienkę z koronkowym kołnierzykiem, włożyła czarne, lakierowane pantofelki, wzięła najładniejszą torebkę mamy i wyszła na ulicę. Cisza dzwoniła w uszach. Był gorący letni wieczór, rozgrzane słońcem mury oddawały ciepło, które zgromadziły przez cały dzień. Gorący wiatr niósł swąd. Miasto, tak niedawno wypełnione ludźmi do granic możliwości, było teraz zupełnie puste. Nikogo. Nikogo na ulicach, w pootwieranych czasem osmalonych oknach, w bramach. Hania X szła, kryjąc się w cieniach kamienic. Gdy usłyszała maszerujących żołnierzy, schowała się w jakiejś klatce schodowej i stanęła w kąciku za drzwiami. Dom, w którym mieszkała ciocia Romka też był wyludniony i cichy. Szła dalej, aż do bramy cmentarza. Przypomniała sobie, jak opowiadano o kobiecie, która wyszła z getta przez cmentarz. Brama była zamknięta. Hania X przedostała się na teren cmentarza nieco dalej, przecisnęła się pomiędzy kawałkami uszkodzonego muru. Szła szybko zarośniętą alejką pomiędzy szarymi płytami nagrobnymi, aż doszła do wysokiego muru, za którym usłyszała miasto: dzwoniący tramwaj, pantofle stukające o chodnikowe płyty, głośne rozmowy. Mur był bardzo wysoki. Hania X jednak, zupełnym przypadkiem znalazła podkop – podziemny tunel, wąski jak dla dziecka. Wejście do niego znajdowało się pomiędzy murem, a starym, pochyłym nagrobkiem. Wciskając się w tunel, bała się, że spotka tam jakiegoś umarlaka, ale przeczołgała się pod murem i znalazła po drugiej stronie, w kłujących krzakach. Otrzepała się, wytarła chusteczką twarz i lakierki. Granatowa sukienka wyglądała porządnie, jedynie koronkowy kołnierzyk się podarł, więc odpięła go i rzuciła w trawę. Wyszła z krzaków na trawnik, obok był przystanek tramwajowy, a dookoła miasto, zwykłe miasto w letni wieczór, gdy zaraz ma zajść słońce. Po chodnikach chodzili spokojni, odświętnie ubrani ludzie, pewnie to była niedziela. Hania X pomyślała, że wszyscy poznają, że uciekła z getta i na pewno znajdzie się ktoś, kto poda ją niemieckiej policji. Stanęła i nie wiedziała, co ma robić i nagle wpadło jej do głowy, że może przecież udawać tamtą – swoją siostrę, która nigdy nie była w getcie. Poszła więc chodnikiem wyprostowana i uśmiechnięta, wymachując czarną torebką mamy. I chociaż zupełnie nie wiedziała, dokąd ma iść i co się z nią stanie, wyglądała po prostu jak dziewczynka, którą rodzice posłali do cukierni, żeby kupiła pączki na niedzielny deser.
Nawet się nie zdziwiła, gdy obok niej zatrzymała się dorożka.
– Wsiadaj kochanie. Podwiozę cię – powiedziała elegancka kobieta w liliowym kapeluszu.
Hania X wsiadła.
– Na Dworzec Wileński – powiedziała kobieta i dorożka ruszyła.
Potem popatrzyła na Hanię X ze smutkiem. Miała pomarszczoną twarz i przejrzyste, ametystowe oczy.
– Musisz mi wybaczyć, kochanie – powiedziała – jestem w pewnym sensie twoją babcią. To ja wykąpałam cię po raz pierwszy, ciebie i twoją siostrę. Obiecałam twojej matce, że będziecie miały szczęśliwe życie, przyjęłam zapłatę – pierścionek, który dostała od syna nauczyciela. Niepotrzebnie. Nie przewidziałam tego, co się stało. Ale nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł tego przewidzieć. Teraz tylko próbuję naprawić. Nie mogę umrzeć, mając taki dług. Ale nie wszystko zależy ode mnie. Chcę, żebyś to wiedziała. Ty również masz swoją rolę do odegrania. Jak dotąd, nie mam żadnych zastrzeżeń, kochanie. Jesteś właśnie taka, jaka powinnaś być.
Hania X nie wiedziała, o co chodzi tej kobiecie. Ale czuła się bezpiecznie w jej towarzystwie. I była tak okropnie zmęczona! Zasnęła, a potem, w półśnie wsiadła do pociągu i natychmiast zasnęła po raz drugi. Obudziła się na chwilę w połowie podróży, gdy niemiecki policjant żądał od kobiety w liliowym kapeluszu dokumentów. Kobieta nic nawet nie powiedziała, popatrzyła tylko na niego, a policjant ukłonił się i odszedł, jakby zapomniał, o co pytał. Nocą wysiadły na malutkiej stacji w szczerym polu. Dopiero wtedy Hania X przebudziła się na dobre. I nagle zobaczyła, że jej towarzyszka podróży nie jest już damą w kapeluszu z woalką, ale starą, przygarbioną wieśniaczką okutaną w spódnice i chusty. Ale wciąż ma te same ametystowe oczy, lśniące w świetle księżyca jak gwiazdy.
– Mamy dziesięć kilometrów do przejścia. Mam nadzieję, że dasz radę, kochanie – powiedziała kobieta.
Nad ranem zapukały do drzwi dworu. Otworzyła im zarządczyni, pani Maria.
– Pamiętasz, że tamtego lata, po tej wiośnie, co piorun zabił syna nauczyciela, znalezione zostały dwie, nie jedna? – spytała stara kobieta, nie powiedziawszy nawet dzień dobry.
– A co mam nie pamiętać. Nie co dzień idzie się na grzyby, a znajduje bliźniaczki – powiedziała pani Maria – Jedną tu teraz mamy. Całkiem udana. Ta druga chyba trafiła gorzej, jak na obecne czasy. A wtedy myślałyśmy, że lepiej.
– No właśnie. Przywiozłam ją – powiedziała stara kobieta i popchnęła Hanię X w stronę światła.
Pani Maria obejrzała dziewczynkę uważnie i skinęła głową.
– Tak, to ona. Jak jej na imię?
– Tak samo, jak tamtej.
– Hania? Paradne.
– I co na to powiesz?
– No nie wiem. Niczego nie mogę obiecać. To zależy od nich, rozumiesz chyba.
– Rozumiem. Ale dobrze by było, żeby najpierw spotkały się same. Tak sobie myślę.
– Zobaczymy – powiedziała pani Maria. – Niczego nie mogę obiecać.
Stara kobieta skinęła głową i odeszła bez słowa, a pani Maria zabrała Hanię X do malutkiego pokoju i powiedziała jej, żeby zdjęła sukienkę i położyła się do łóżka. Potem położyła się obok niej i zasnęła. Chrapała tak głośno, że Hania X długo nie mogła zasnąć.
Gdy się obudziła, była w łóżku sama. Przez otwarte okno wpadały promienie słońca. Słychać było śpiew ptaków. Pachniało… czym mogło tak pachnieć? Hania X znała ten zapach, ale nie umiała go nazwać. W getcie nigdy tak nie pachniało. Wstała z łóżka i ubrała się szybko. Stanęła przy oknie. Poczuła, że ktoś na nią patrzy i odwróciła się. W drzwiach stała jej siostra bliźniaczka. Stały naprzeciw siebie w milczeniu. Każda z nich czuła się tak, jakby spoglądała w lusterko – co robi się przecież codziennie, lecz w tamtej chwili wydawało się niezwykłe. Hania X lewą ręką odgarnęła sobie włosy, a wtedy Hania Y zrobiła to samo, tylko ręką prawą. Potem pochyliła lekko głowę na lewe ramię, a Hania X pochyliła swoją na prawe i tak udawały nawzajem swoje lustrzane odbicia. Zaczęły poruszać się powoli, patrząc jedna na drugą i naśladując się nawzajem, aż wyniknęła z tego zabawa, pantomima, w której nie było wiadomo, która dziewczynka jest po tej, a która po tamtej stronie lustra. Aż wybuchnęły śmiechem. Śmiały się jak szalone, przewróciły się na łóżko i skręcały ze śmiechu. Potem rozmawiały i rozmawiały, a gdy pani Maria przyprowadziła rodziców Hani Y, wydawało im się, że spędziły razem całe życie.
– Nie – orzekli rodzice Hani Y – Nie możemy jej zatrzymać. Przecież ona jest Żydówką. To byłoby zbyt niebezpieczne dla naszej Hani.
– Ona też ma na imię Hania. I jest taka sama, jak ja – przypomniała im Hania Y.
– No właśnie. Ktoś mógłby pomyśleć, że ty też jesteś Żydówką. A tego byśmy nie znieśli.
– To co będzie ze mną? – spytała Hania X.
– Na pewno znajdzie się jakieś bezpieczne miejsce – powiedział tatuś Hani Y.
– Ona zostanie ze mną – powiedziała stanowczo Hania Y.
– Nie, w żadnym wypadku – powiedziała jej mama.
– A skąd wiecie, że to ona jest waszą córką, a nie ja? Jeśli chodzi o sukienki, to przecież mogłyśmy się pozamieniać – powiedziała Hania X.
Rodzice popatrzyli uważnie na obie dziewczynki i nie wiedzieli, co odpowiedzieć.
– A jak będziecie chcieli mnie wypytywać o szczegóły z mojego dzieciństwa, to nic nie powiem – powiedziała Hania Y.
– Ja też nic nie powiem- powiedziała Hania X.
– I obie umiemy mówić po francusku – powiedziała Hania Y.
– Obie jesteśmy dobre z rachunków – powiedziała Hania X.
– I jak jedną oddacie, ta druga pójdzie z nią – powiedziała Hania Y.
I chyba ten ostatni argument przeważył, bo tatuś Hani Y przerwał tę licytację jednym słowem:
– Dobrze.
– Ale tej drugiej nie mamy w dokumentach – zaoponowała mama.
– Nie szkodzi. Nikt się nie dowie, że jesteśmy dwie – powiedziała Hania Y.
– Będziemy udawały jedną. To nie będzie trudne – powiedziała Hania X.
I tak się stało. Hania Y i jej rodzice zajmowali we dworze dwa pokoje na poddaszu, gdzie nikt zazwyczaj nie zachodził, więc łatwo im było ukryć drugą dziewczynkę. Bliźniaczki miały pokoik z ukośnie opadającymi ścianami i trójkątnym oknem, wychodzącym na park. Zachowywały się cicho jak myszki i nigdy nie schodziły na dół razem. Na lekcje, których udzielał ukrywający się we dworze nauczyciel, przychodziły na zmianę, a nauczyciel nie domyślał się niczego, bo nawet charakter pisma miały ten sam. Dziwił się tylko, że Hania czasami pisała bezbłędnie, a czasami robiła okropne błędy ortograficzne, pisała np. „bohater” i „Hiny”. Zdarzało się czasami, że o tej samej godzinie jedną Hanię widziano w jednym miejscu, a drugą zupełnie gdzie indziej, ale nie przywiązywano do tego wagi, bo przecież można się pomylić.
Tylko zwierzęta je odróżniały, tak, jak pies Urhan, który lubił Hanię X, a na Hanię Y zawsze warczał. Ale oczywiście kładziono to na karb psich humorów.
Oprócz umiejętności pisania wyrazów z „h” i „ch” dziewczynki różniło jeszcze jedno: Hania X bywała czasami bardzo smutna. Nagle, bez żadnego powodu, podczas zabawy lub obiadu stawało jej przed oczami getto, rodzice, dziadkowie i kuzyni, a nawet Cygan, czarny szczeniak, którego musiała zostawić u sąsiadów. Tak strasznie tęskniła za swoimi rodzicami! I tak okropnie było jej wstyd, że jest teraz zadowolona i bezpieczna, że mieszka w pięknym domu pośród drzew, że bawi się z psami i jeździ konno, że tak często się śmieje, a przecież nawet nie wie, czy oni jeszcze żyją.
Z czasem bliźniaczki stawały się coraz mniej ostrożne.
– Ludzie są głupi i nieuważni – mówiła Hania X.
– Widzą tylko to, co spodziewają się zobaczyć – dodawała Hania Y
Miały pewna tajemnicę, przyjemność, której oddawały się razem, nie bacząc na to, że mógł je ktoś zobaczyć.
We dworze była prześliczna biała klacz o imieniu Wojna. Jedna Hania szła do stajni i tak długo męczyła chłopaka, który opiekował się końmi, aż ten pozwalał jej jeździć na Wojnie. Dosiadała klaczy na oklep i jechała nad rzekę, a tam, w zagajniku, czekała druga Hania. Ach, jak lubiły razem mknąć na Wojnie po nadrzecznych łąkach, po piaszczystych nieużytkach, po leśnych drogach! Uwielbiały to. A jeśli nawet ktoś widział galopującego konia z dwiema takimi samymi dziewczynkami na grzbiecie, to i tak myślał, że mu się wydawało, że naprawdę to była jedna dziewczynka.
Rzeczywiście, wszyscy tak uważali, oprócz jednego człowieka – leśniczego, który całymi dniami chodził po lesie i którego uwadze nic nie mogło umknąć. Pewnego razu obie Hanie pojechały na Wojnie do Świętego Gaju, gdzie nad zarośniętymi stawami rosły stare, pokręcone wierzby. Wzięły ze sobą koszyk z jedzeniem. Usiadły na zwalonym drzewie nad samą wodą i zabrały się do jedzenia, Wojna zaś pasła się na polance. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się leśniczy i wziął Wojnę za uzdę.
– Wiem o was wszystko – powiedział – Udajecie jedną, a jesteście dwie. Na pewno jesteście Żydóweczki. Małe, bezczelne Żydóweczki. Musze zawiadomić posterunek. Wyśpiewacie wszystko.
Dziewczynki, ponieważ siedziały na balu sięgającym w głąb stawu, miały odciętą drogę ucieczki. Mogły skoczyć w toń, ale ciemna, pełna wodorostów woda i bagienny brzeg na pewno nie były bezpieczne.
– Masz rację, chłopcze! – to był głos zupełnie inny, stary i skrzypiący.
Na polankę, jak na scenę wyszła staruszka, która przywiozła Hanię X do dworu. Podeszłą do leśniczego i powiedziała:
– Znałam twojego ojca, chłopcze. To był dobry człowiek. Lubiliśmy się. A ty ładnie wyrosłeś. Nadspodziewanie. Byłeś mały jak Tomcio Paluch. To co, chcesz te panny zawieźć na posterunek?
– Pewnie – powiedział leśniczy ponuro.
– Na jednym koniu nie pojedziecie. Pojedź sam, zawiadomisz żandarmów, a ja popilnuję tych małych Żydówek.
– A skąd mam wiedzieć, że ich nie puścisz?
– Dam ci zastaw – powiedziała stara kobieta i wręczyła mu złoty pierścionek, A ten oglądał go długo i spróbował nadgryźć.
– Prawdziwy – powiedział.
– Z prawdziwym rubinem – powiedziała kobieta.
Podeszła do klaczy i pogłaskała ją po chrapach.
– No jak, zawieziesz pana leśniczego? – spytała, a klacz odpowiedziała jej rżeniem: ihaha!
Leśniczy wskoczył na konia i odjechał, a kobieta utkwiła w dziewczynkach swe ametystowe spojrzenie. Roześmiała się.
– Jaki tam rubin! Skąd syn nauczyciela miał mieć rubin? To zwykłe szkiełko – powiedziała – A leśniczy wyrósł, chociaż był najmniejszy z całej wsi. Ale rozumu mu nie przybyło, głupi jest, jak był. No, panienki, zejdźcie z tego bala, bo powpadacie do wody. I wracajcie do dworu, zanim znowu sobie napytacie biedy.
– A leśniczy? Co będzie, jak leśniczy zawiadomi posterunek? Co będzie, jak przyjdą po nas Niemcy? – pytały dziewczynki jedna przez drugą.
– Niech was o to głowa nie boli. Wojna wie, co ma robić. Da sobie radę z leśniczym – powiedziała kobieta. – Przydał się ten pierścionek, co mi go dała wasza mama. No i lżej mi się zrobiło, jak go nie mam.
– Pani znała naszą prawdziwa mamusię – powiedziała Hania Y.
– A tam, zaraz znałam. Spotkałyśmy się raz, to wszystko. Potem miałam z tego dużo kłopotu. Ale teraz już jesteśmy kwita. No, idźcie już, idźcie. I żebym już was nie widziała razem. Jak udajecie jedną, to róbcie to do końca. Od razu wiedziałam, że to głupi pomysł, to udawanie.
– A nasz prawdziwy tatuś? Był synem nauczyciela, prawda? – zapytała Hania X.
– I co wam przyjdzie z tej wiadomości? Zabił go piorun, zanim żeście się urodziły. Znalazłam wam lepszych tatusiów. No i mamusie. Tylko ta wojna wszystko zepsuła. Ale wciąż macie rodziców, zgodzili się przecież, żebyście były dwie. To i tak dobrze, jak na te czasy. Nie ma co narzekać. No, biegnijcie. Macie kawał drogi do domu.
Staruszka odwróciła się i odeszła szybko, zniknęła w krzakach.
Dziewczynki pobiegły do dworu. Po drodze rozdzieliły się, żeby ich nie widziano razem. Gdy wróciły, Wojna już była w stajni. A wieczorem pod lasem znaleziono leśniczego. Leżał bez przytomności z rozbitą głową. Jakby spadł z konia, mówiono. Po tym wypadku stracił rozum. Chodził po wsi i mamrotał coś do siebie, nie wiedział nawet, jak się nazywa.
Jakiś czas po tym wydarzeniu dziewczynki znalazły pod lasem złoty pierścionek z czerwonym oczkiem. Wzięły go sobie, bo przecież należał do nich – pierścionek, który ich prawdziwy tatuś dał ich prawdziwej mamusi.
Aż wreszcie wojna się skończyła. Dziewczynki razem z rodzicami Hani Y wróciły do zniszczonej Warszawy. Miały już po kilkanaście lat.
Rodzice Hani X nie wrócili już nigdy, zginęli w obozie zagłady. Zginęli tam wszyscy, cała rodzina Hani X, dziadkowie, wujowie, ciocie i kuzyni.
Ocalał tylko pies Cygan. Hania X spotkała go pod zburzoną kamienicą na ulicy Pięknej, tam, gdzie mieszkała przed wojną ze swoimi rodzicami. Siedział wśród ruin i czekał na nią – olbrzymi, wychudzony czarny pies z futrem jak niedźwiedź. Mało przypominał tamtego puchatego szczeniaka, którego Hania X zostawiła u sąsiadów. To Cygan poznał Hanię X, skakał na nią, piszczał i skamlał; opowiadał jej w swoim psim języku o tym, co się z nim działo przez te lata.
Zamieszkali wszyscy razem w willi na Saskiej Kępie: Hania X i Hania Y, pies Cygan i rodzice Hani Y, którzy teraz mieli dwie córeczki i kochali je obie tak samo, bo przecież były zupełnie takie same, jak dwie kurki z tego samego jajka.
Ale czasami Hania X tak okropnie tęskniła za swoją mamą i za swoim tatą! Wtulała się wtedy w swojego psa Cygana i płakała, a on wiedział, dlaczego jego pani płacze, bo przecież wszystko pamiętał: rodziców Hani X, mieszkanie na Pięknej, park Ujazdowski, dokąd chodzili na spacery, nawet koszyk, którym sypiał: biały, okrągły koszyk z niebieskim futerkiem.

Baśń tę poświęcam pamięci pewnej dziewczynki, Hani Rotwandówny, która – w pewnym sensie – była zarówno Hanią X, jak i Hani Y. A gdy dorosła, została moją mamą.