Inga Iwasiów i Danusia Jabłońska, spotkanie

Danuta Romana Słowik

Aleja Piastów

Zaczęło się w Stargardzie. Pewna znajoma po przeczytaniu mojej książki „Tułacze losy”, przyszła do mnie, aby podzielić się swoimi wrażeniami. Była wyraźnie wzruszona, gdyż odnalazła w tej książce swoje własne doświadczenia z czasów, gdy sama mieszkała jeszcze w Szczecinie. Przyniosła ze sobą inną książkę, „Bambino” pióra prof. Ingi Iwasiów. Pożyczyła mi ją, gdyż była przekonana, że mi się spodoba. „Pani Danko – mówiła – obydwie te książki mają dużo wspólnego, mówią o Szczecinie, ludziach tam żyjących i o ich, często dramatycznych losach. Obydwie bardzo mi się podobają, niech pani przeczyta, ciekawa jestem pani zdania.”

Za kilka dni wyjeżdżałam znowu do Niemiec i zabrałam „Bambino” ze sobą. Jak to zwykle bywa, po powrocie do domu ogarnął mnie wir przeróżnych obowiązków i… zapomniałam o przywiezionej książce. Przeleżała kilka miesięcy, aż wreszcie „wpadła mi w ręce”. Wciągnęła mnie! Styl pisania dość specyficzny, początkowo zdawał się trudny, ale ze strony na stronę stawał się przystępniejszy, swojski, jakby mój własny – szczeciński. No i miejsce akcji! Odnalazłam moje stare kąty, moją kamienicę przy Alei Piastów, bar mleczny „Bambino”, gdzie jadałam z apetytem naleśniki, ludzi, których zdawało mi się, znałam osobiście. Miałam wrażenie, że Inga Iwasiów pisała o mnie, o mojej rodzinie, o moich sąsiadach. Wszystko było bliskie i znajome. Wyobraźnią umieszczałam akcję książki w moim domu. Wmawiałam sobie, że tak musiało być, chociaż postacie były obce i tylko trochę podobne. Pod koniec, jednym zdaniem, autorka wyrwała mnie z tego złudzenia. Napisała, że bohaterka książki, idąc codziennie do pracy, do baru, mijała po drodze „Ogólniak Szczerskiej”. Szkoda, to nie moja kamienica, moja kamienica była między szkołą a barem, bohaterka nie mogła więc tej szkoły mijać. Ale i tak książka wywołała we mnie ogromne emocje. Z tyłu, na okładce, krótka biografia autorki. Młodsza ode mnie o 11 lat! Jakim cudem mogła tak doskonale wczuć się w sytuacje życiowe ludzi z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych. Ja z trudem cofałam się w tamte lata, ale jej wówczas nie było jeszcze na świecie. Jako że sama niedawno zajmowałam się tą samą tematyką, pisząc własną książkę, miałam nieodparta chęć nawiązania kontaktu, podzielenia się z nią moimi wrażeniami. Z tej krótkiej biografii na okładce dowiedziałam się, że jest profesorką an Uniwersytecie Szczecińskim, literaturoznawczynią, krytyczką literacką. Nie było więc trudno ją odszukać. Wahałam się jakiś czas, ale w końcu postanowiłam zadzwonić. W słuchawce miły, troszkę zaskoczony głos, ale od razu nawiązała się bardzo sympatyczna rozmowa. Jakby nie było żadnej bariery czasu czy odległości, jakbyśmy znały się już od dawna. Opowiadałamo tym, że odnalazłam się w jej książce, że losy tam opisane bardzo poruszyły moje serce, że niedawno również wydałam książkę o podobnej tematyce, że wychowałam się również na Piastów, pod czternastką… Zorientowałam się, że moja rozmówczyni zamilkła. Po dłuższej chwili usłyszałam ponownie jej głos, tym razem jakby trochę cichszy: „Do kiedy mieszkała pani pod czternastką?” Zaskoczona tym pytaniem musiałam się chwilkę zastanowić, kiedy to było? Gdzieś na przełomie 1969 a 1970 roku, jakoś tak… – odpowiedziałam a kiedy ona znowu milczała, zapytałam nieśmiało: dlaczego pani o to pyta? „Bo… ja też wychowałam się na Piastów… pod czternastka”. Tym razem zamilkłam ja. To nieprawdopodobny przypadek, w prawie półmilionowym mieście w taki sposób trafić na sąsiadkę sprzed ponad czterdziestu lat. Po chwili słowa potoczyły się jak lawina: które piętro?, jakie panieńskie nazwisko? Czy to pani tata ma na imię Kazik? Pamiętam go doskonale tak jak i pani babcię – a ja pani mamę i siostrę. Tym wspominkom nie było końca. „Kiedy przyjedzie pani ponownie do Szczecina, – spytała – musimy się koniecznie spotkać, postaram się zaraz jutro o pani książkę „Tułacze losy”, jestem jej niezmiernie ciekawa”. To było w połowie grudnia 2011 roku. (O tym zdarzeniu wspomniała na swoim blogu: http://www.ingaiwasiow.pl/blog/13-grudnia). W dwa tygodnie później, na święta, byłam znowu w kraju. Umówiłyśmy się na spotkanie tuż przed Wigilią. Mimo gorączkowych przygotowań przedświątecznych zaprosiła mnie do siebie – pod wieczór, gdyż do 17:00 była jeszcze na uczelni…

To było spotkanie, jakie zdarza się tylko raz w życiu, jeśli w ogóle. Mogłyśmy swobodnie porozmawiać o naszych książkach, śmiała się, kiedy powiedziałam, że wprowadziła mnie w błąd tym jednym zdaniem: „…Ula codziennie do pracy przechodziła koło ogólniaka…”. Opowiedziała mi o moich rówieśnikach, przyjaciołach z dzieciństwa, którzy jeszcze na Piastów mieszkają. Ona sama do niedawna bardzo często tam bywała. Jej babcia, mama Kazika, umarła dopiero przed kilkoma laty. Często u niej bywała. Chciałam dowiedzieć się wszystkiego o tych ludziach, których straciłam z oczu dziesiątki lat temu. Gdy pytałam o Kazika, uśmiechnęła się i powiedziała: „pani Danusiu, tata doskonale panią pamięta”.

Ani nie spostrzegłam, minęły prawie dwie godziny. Rozstałyśmy się jak najlepsze przyjaciółki, sąsiadki spod czternastki. Wiedziałam, że muszę pójść na Piastów i odwiedz przyjaciół z dzieciństwa, że umówię się z Kazikiem, moim starszym kumplem z podwórka i tatą dopiero co odnalezionej sąsiadki – pisarki, autorki doskonałych książek… Kiedyś z pewnością umówię się – „kiedyś tam”…

Z Ingą Iwasiów spotkałyśmy się ponownie w maju. W Szczecinie odbywał się właśnie finał Konkursu Literackiego „Gryfia”, którego przewodniczącą Jury była właśnie ona, oraz Targi Książki, w których ja miałam zaszczyt prezentować swoje książki. Zobaczyłyśmy się w czasie gali finałowej konkursu. Nie miałyśmy dużo czasu, ale udało nam się wymienić kilka zdań. „Dowiedz się o której godzinie – mówiła – bo w sobotę, 26 maja będzie wielka impreza na Alei Piastów pod czternastką. Niestety nie będzie mnie w tym czasie w Szczecinie, ale ty możesz tam pójść. Na balkonie mieszkania Antoniego Kaczorowskiego odbędzie się recital arii z oper i operetek, w których on występował. Spotkasz starych znajomych.” Wiedziałam, że jeśli teraz tam nie pójdę, to nie pójdę tam już nigdy. Poszłam. To wyjątkowe spotkanie uważam za przełomowe w moim życiu.

Dwa miesiące później byłam ponownie w Polsce. Moi przyjaciele zorganizowali na poczekaniu spotkanie u Zbyszka J. Bardzo prosili, abym przyprowadziła tym razem swojego męża, chcieli go poznać. On również był ciekaw tych ludzi, o których bez przerwy opowiadałam. Zanim zadzwoniliśmy do drzwi Zbyszka pokazywałam mężowi poszczególne okna mówiąc, kto gdzie mieszkał. Wskazałam na ostatnie okno na drugim piętrze, gdzie często widziałam wyglądającego Kazika, tatę Ingi. Byłoby fajnie, gdyby Kazik również przyszedł, chętnie bym z nim porozmawiała. Szkoda, że wcześniej nie pomyśleliśmy o tym aby go zaprosić. Kiedy już wszyscy się przywitaliśmy, wspomniałam o tym pomyśle Zbyszkowi. Ten popatrzył na mnie smutnym wzrokiem i spytał: „To ty nie wiedziałaś? Kazik zmarł w zeszłym miesiącu…”

Tak to już jest, kiedy człowiek, który ma co najmniej dwie trzecie życia za sobą, uważa, że ma jeszcze do dyspozycji całą wieczność. Niestety! Kiedy dożyło się już „późnego popołudnia”, nie można odkładać wszystkiego na potem. Życie trzeba żyć na bieżąco, teraz, tu, kiedy tylko mamy na nie chęć. Dlaczego w grudniu, kiedy byłam u Ingi, nie zapytałam o numer telefonu do jej taty? Dlaczego nie zadzwoniłam i nie umówiłam się z Kazikiem, kiedy był jeszcze na to czas? Cieszę się każdym kolejnym spotkaniem z nowo odnalezionymi przyjaciółmi. Nie widzieliśmy się całą wieczność, ale teraz dostrzegamy, jak czas przesypuje się nam przez palce. Dlatego jest mi żal każdej straconej okazji spotkania ludzi, z którymi chętnie porozmawiałabym. Ludzi, których lubię, których jestem ciekawa, których pragnę poznać. Kiedy odkłada się wszystko na „kiedyś tam”, może się okazać, że któregoś pięknego dnia będzie to już niemożliwe. Doznałam tego kilkakrotnie – to bolesne uczucie, że doświadczyło się czegoś nieodwracalnego, straciło coś, czego nie da się odtworzyć, to także spotkanie z Kazikiem, do którego już nigdy nie dojdzie. Kolejna nauczka, więc próbuję żyć bardziej spontanicznie, staram się z otwartymi ramionami wychodzić do ludzi, poznawać ich, słuchać tego co mają do przekazania i uczyć się od nich, – nie zwlekać ze spotkaniami, które na szczęście mogą się jeszcze odbyć, – „teraz i tu”, – a nie „kiedyś tam…” gdy zacznie się zmierzchać a popołudniowe słońce zacznie zachodzić…

Przeczytaj również ten wpis

O Autorce:

Poetka, prozatorka, publicystka, animatorka kultury, malarka. Szczecinianka, choć urodziła się w Międzyzdrojach. Od roku 1984 przebywa w NadreniiPalatynacie, ale jest szczęśliwa, że po latach doczekała Europy bez granic, bowiem obojętnie pod jakim niebem – Nadrenii -Palatynatu czy rodzinnego Szczecina, lub w rodzinnym domu w Stargardzie – wszędzie czuje się wolna i „u siebie w domu”.

Podróżuje z przyjemnością po Europie a wrażenia z tych podróży opisuje w wierszach, opowiadaniach i felietonach. W wolnych chwilach maluje olejne obrazy, rysuje piórkiem i węglem.

Jest autorką czterech książek:

– TUŁACZE LOSY – Opowieść w dwóch częściach, (Volumina 2011, Ridero, 2017)
– EUROPA BEZ GRANIC – zbiór wierszy pisanych na obczyźnie. (Volumina 2011)
– ZŁAMAĆ SKRZYDŁO MOTYLA – tom poezji (seria: akcent, Hogben 2017)
– ROZMOWA… Z JEDNEJ NOCY- powieść(seria: akcent, Hogben 2017)