Karnawał Kultur na Kreuzbergu

Czy można się wesoło bawić, tańczyć, śpiewać w kilka, kilkanaście godzin po ataku terrorystycznym w Londynie?

Odpowiedź berlińczyków brzmi TAK, tak, bo terroryści właśnie tego by chcieli, byśmy się przelękli, pochowali w domach, nie wychodzili na ulice, byśmy przestali być światem, w którym wspólnie świętować można naszą różnorodność! Prawie dwieście narodowości i narodów mieszka w Berlinie, Tybetańczycy, Czukcze, Lapończycy, Masaje, Ekwadorczycy. Arabowie i mieszkańcy czarnej Afryki, Azjaci i Indianie. Przedstawiciele wszystkich krajów świata, wyznający dziesiątki religii i mówiący setkami języków…

Zielone Świątki to święto tych różnych języków. Bóg zesłał na Apostołów Ducha Świętego, by za jego przyczyną zaczęli – jak to kiedyś określała Biblia – “mówić językami”. Biblia Tysiąclecia określa to już precyzyjniej – apostołowie zaczęli “mówić różnymi językami”. Tak narodził się Kościół, Kościół misyjny, Kościół nauczający o Panu. O tym mówił podczas kazania proboszcz parafii polskiej w Berlinie, ksiądz Marek Kędzierski w bazylice św. Jana. Wymienił dziesiątki języków, którymi mówili ludzie mieszkający w Jerozolimie za czasów Jezusa, aramejski, hetycki, medyjski, partyjski…

To, co ludzie zepsuli, gdy zbudowali Wieżę Babel i Bóg ukarał ich pomieszaniem języków, to naprawił Duch Święty, pozwalając nam rozumieć mowę innych ludzi. Ksiądz Kędzierski opowiedział o spotkaniach 17 berlińskich kościołów misyjnych – w tym i polskiego – które, planując wspólną pracę, jeden tylko język mają naprawdę wspólny – niemiecki. Mówił też o Karnawale Kultur, który za chwilę miał rozpocząć przemarsz na sąsiedniej ulicy, o tym, że mieszkamy tu razem i to nasze wielkie wspólne radosne święto, święto wszystkich ludów świata.

Na to święto, pod opieką Marka Maja z Domu Kultury Klub Skolwin, przybyła grupa seniorów ze Skolwina. Spotkaliśmy się przed kościołem polskim na Lilienthalstrasse. Po mszy złożyliśmy życzenia urodzinowe proboszczowi (skończył 60 lat) i zrobiliśmy sobie obowiązkowe wspólne zdjęcie.


Ksiądz proboszcz, piąty od lewej w ostatnim szeregu

Pogoda była paskudna, lało jak z cebra, trzeba więc było zrezygnować ze spaceru trasą, którą przechodzi Parada Kultur. Pojechaliśmy prosto do ratusza Kreuzberg, gdzie już czekali na nas z poczęstunkiem przedstawiciele Zarządu oraz dwie nasze członkinie – Teresa i Krystyna.

Krysi (Krystyna Koziewicz) na zdjęciu nie ma, bo je robiła, podobnie jak wiele innych zdjęć w tym wpisie. Są na zdjęciu: Brigitte, pierwsza w szeregu, a za nią Franz Eichinger, Folker Schmidt i Teresa Michońska

Na stole stał wazon z piwoniami (prosto ze śląskiego ogrodu Teresy – piwonie nazywają się po niemiecku Pfingstrosen – róże pięćdziesiętnicy, były to więc kwiaty najbardziej odpowiednie do dekoracji stołu w dzień Zielonych Świątek).

Na poczęstunek składały się kawa, herbata, przygotowana na miejscu lemoniada, krakersy, orzeszki, suszone żurawiny i – danie główne – kebaby, turecka potrawa z mięsa z surówką i sosem podawana w ćwiartce orientalnego chleba. Od wielu lat kebab stał się typową potrawą berlińską (wymyślono go zresztą w naszej dzielnicy – na Kreuzbergu) i nie można twierdzić, że się było w Berlinie, jeśli się nie zjadło kebaba.

Zjedliśmy więc (ci, co jedzą mięso, rzecz jasna) i już była pora, żeby przejść z ratusza na ustawioną przed budynkiem trybunę dla VIP-ów. My też byliśmy VIP-ami – otrzymaliśmy wejściówki od zastępcy burmistrza dzielnicy (dla wyjaśnienia powiedzmy tu, że berlińskie dzielnice to właściwie odrębne miasta, rządzone przez burmistrzów, posiadające rady dzielnicowe i sejmiki lokalne). Z Knutem Mildnerem-Spindlerem spotkaliśmy się na trybunie. To ten pan po lewej stronie, w czarnym kapeluszu. Nie puszy się, nie obnosi ze swoją ważną funkcją, siedzi sobie na trybunie i gawędzi z jednym z widzów.

Karnawał Kultur jest największym świętem organizowanym na Kreuzbergu. Parada złożona z ponad 60 formacji wyruszyła o godzinie 12 z odległego od nas o trzy przystanki metra Hermannplatz i o godzinie 15 dotarła właśnie do ratusza Kreuzberg. A my już siedzieliśmy na trybunie (dobrze, że zadaszonej! bo wciąż padało) i patrzyliśmy. Podobało się nam bardzo, mimo że wciąż padało. Przestało padać, gdy parada się kończyła. Pod wieczór niebo było już błękitne, czyste, bez jednej chmurki, a słońce błyszczało olśniewająco w każdej kropli deszczu na liściach zakwitających właśnie lip.

Ale Karnawał Kultur to nie tylko Parada ustrojonych wozów, pokaz wspaniałych strojów i tańców i koncert muzyki z całego świata, to też zabawa dla wszystkich, którzy przyszli popatrzeć. Niekiedy tych patrzących bywa nawet około miliona. Ilu ich było w tym roku, dowiemy się zapewne za kilka dni. Za niektórymi wozami, np. za ciężarówką bębniarzy afrykańskich czy Hare-Krisznowców, szły tanecznym krokiem przeogromne kolorowe tłumy…

Widoczny w tle kościół, jeden z nielicznych w Berlinie dwuwieżowych kościołów, to neogotycki katolicki kościół św. Bonifacego. Widać go z okien naszego biura na 9 piętrze ratusza.

A tu jeszcze trzy zdjęcia zrobione podczas parady:

Nasi berlińscy członkowie i sympatycy, Frank, Anne, Marie Louise, Jürgen… Frank jest naszym przewodnikiem podczas różnych wycieczek po mieście. Jego wiedza o Berlinie jest przeogromna. Dziś opowiedział nam, dlaczego kościół świętego Bonifacego jest wbudowany w ciąg domów, zupełnie jakby był zwykłą kamienicą. Tak się w XIX wieku budowało. Po roku 1870, kiedy Berlin stał się stolicą cesarstwa, miasto przeżyło okres niezwykle szybkiego wzrostu. Budowano bez przerwy, koszty działek budowalanych rosły w zastraszającym tempie i parafie nie mogły sobie pozwolić na zakup działki pod swobodną budowę kościoła, otoczonego szeroką otwartą przestrzenią z przeznaczeniem na cmentarz, ogród czy kaplicę.

Jürgen z kolei od 30 lat prowadzi stołówkę na 10 piętrze ratusza (dokładnie nad naszymi “biurowymi głowami”). Jest to miejsce wspaniałe. Widoki z okien mamy po prostu zachwycające, a jedzenie jest wyśmienite… Niestety pod koniec miesiąca Jürgen odchodzi na emeryturę i już dziś się martwimy, że widoki pozostaną, jakie są, ale jedzenie… jedzenie może już nigdy nie być takie pyszne…

Pan i pani “Berolina Stralau” – nie wiem (jeszcze) jak się nazywają, ale już wiem, że będziemy prowadzili wspólne projekty sportowe (Berolina Stralau to klub piłkarski) i to gdzie? W Skolwinie! Nasz “pan od wuefu” czyli Franz Eichinger, pan “Berolina Stralau” oraz Marek Maj z Domu Kultury Skolwin już podczas oglądania parady przeprowadzili pierwsze szybkie zebranie i ustalili, że na pewno wszystkie trzy strony są zainteresowane współpracą… :-). Zdjęcie zrobione, gdy trybuna już opustoszała. Parada się skończyła. Wracamy do domu.

I na zakończenie nasze symboliczne parasolki – biała jest moja, czerwoną miała ze sobą pani “Berolina Stralau”: