Mój Szczecin

Danuta Romana Słowik

Profesor

Umówiłyśmy się w kawiarni na pogaduszki przy pysznej kawie i wspaniałym ciachu. Lubię z nią rozmawiać, często dzielimy się wrażeniami po ostatnio przeczytanej książce. Również tym razem Bożena przyniosła książkę pod pachą.

– Zobacz co mi wpadło w ręce. Jestem pewna, że Cię zaciekawi.

Uśmiechnęłam się tylko. Wiem przecież, że ma dobrego „niucha”. Już raz pożyczyła mi książkę pod tytułem „Bambino”, od której rozpoczęła się wspaniała przygoda mojego życia. Z zaciekawieniem spojrzałam na okładkę. „Kawał życia z chirurgią w tle”, autor Stanisław Zieliński.

– Ani tytuł, ani autor nic mi nie mówi…

– Ale popatrz na ilustracje, jest tu bardzo dużo zdjęć a na jednym znalazłam autora razem z doktorem Brykczyńskim, to przecież twój dobry znajomy. A autor, profesor Zieliński, to sława szczecińskiej chirurgii, może nawet go poznałaś w trakcie swojej choroby. A poza tym pisze o Szczecinie podobnie jak ty, tyle, że ze swojego punktu widzenia…

– Pokaż, faktycznie, to Mieczysław! Pożyczysz mi tę książkę?

– Porozmawiam z koleżanką, bo to od niej ją dostałam i miałam właśnie oddać.

– Zaraz obok, kilka kroków stąd jest EMPiK, wejdźmy tam, może będziemy miały szczęście.

Niestety, nakład wyczerpany. Pani za ladą zobaczywszy nasze rozczarowanie dodała, abyśmy spróbowały w internecie. Była na tyle miła, że na swoim komputerze znalazła tę książkę w jakiejś księgarni wysyłkowej. Zapisała nam adres na karteczce i jeszcze tego samego wieczoru mąż Bożeny zamówił dla mnie tę książkę. Za kilka dni zadzwoniła Bożena aby powiedzieć, że przesyłka już jest, mogę wpaść i odebrać. Ucieszyłam się, za dwa dni planowałam wyjazd za granicę, dlatego zamawiałyśmy na jej adres. Nie liczyłam, że uda mi się otrzymać książkę jeszcze przed wyjazdem. Za parę minut byłam u Bożeny, porozmawiałyśmy chwilę, pożegnałyśmy się i wróciłam do domu. Tego dnia postanowiłam pojechać jeszcze do Szczecina (mieszkam poza miastem), żeby pożegnać się również z Mieczysławem – kto wie, kiedy się znowu zobaczymy. Przerzuciłam na szybko kartki nowej książki myśląc, że po przeczytaniu mu ją podaruję. Dla niego będzie ona miała jeszcze większe znaczenie, a może nawet uda mi się go przekonać do spisania własnych wspomnień. Nieraz już o tym rozmawialiśmy, może więc książka kolegi po fachu będzie właściwą motywacją. Zostawiłam książkę na stole, wsiadłam do samochodu i późnym popołudniem przyjechałam do Szczecina – zadzwoniłam do Mietka.

– Dzień dobry Mietku, jestem w Szczecinie a za dwa dni wyjeżdżam do Niemiec. Jeśli pozwolisz, to wpadnę na chwilkę się pożegnać.

– Witaj Danusiu, przyjeżdżaj zaraz, bardzo się cieszę, ale teraz nie mogę rozmawiać, bo parzę herbatkę. Zadzwonił do mnie Stasiu i zaraz tu będzie.

– Może więc wpadnę innym razem, nie chcę Ci przeszkadzać skoro będziesz miał gościa.

– Ależ gdzie tam, przyjeżdżaj zaraz, bardzo się cieszę, że poznasz mojego przyjaciela, Stasia Zielińskiego…

– Teeego Stasia Zielińskiego, profesora Zielińskiego?

– Tak, tak, to profesor Zieliński

– Mietku, za 10 minut jestem…

Uściskał mnie, jak zwykle na powitanie. Weszliśmy do kuchni. Właśnie sypał herbatę do wyparzonego czajniczka. To jest u niego cały rytuał, ale tak dobrą herbatę parzy tylko on.

– Mieciu, dostałam dzisiaj książkę właśnie tego profesora, nie mam jej przy sobie, ale chciałam ci ją polecić, a okazuje się, że będę miała przyjemność za chwilę poznać autora osobiście. Cóż za fenomenalne zrządzenie losu.

– Tę książkę już mam, dostałem od Stasia, bardzo ciekawie napisana, spodoba ci się.

Mietek nakrył do stołu, podał filiżanki, przyniósł cudownie pachnącą herbatę, ciasteczka, salaterkę świeżutkich truskawek i w tym momencie zadzwonił dzwonek u drzwi…

Uwielbiam wieczory spędzone u Miecia, gdy siedząc w fotelu słucham jego opowieści. Jest wspaniałym gawędziarzem i ma za sobą niesamowicie bogate w wydarzenia życie. A tym razem miałam przyjemność spędzić wieczór w towarzystwie dwóch równych sobie gawędziarzy, przemiłych panów, których można słuchać bez końca. Miecio opowiedział panu Zielińskiemu również o mojej książce i o tym, jak los nas ze sobą złączył. Profesor słuchał z zainteresowaniem. To całkowity przypadek, że przywiozłam tego dnia moje książki w bagażniku. Następnego dnia miałam dostarczyć je do księgarni i nie chciałam nosić ich po schodach na górę i w dół. Dlatego leżały tam od czasu kiermaszu. Pana profesora bardzo to ucieszyło, poprosił o jeden egzemplarz z dedykacją, a dla mnie napisał dedykację na kartce, krórą Mieciu wyszukał w biurku. Piękna widokówka ze zdjęciem Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie, tam studiował przed wielu, wielu laty również pan profesor.

Pożegnaliśmy się około 23. Uściskałam bardzo wzruszonego Miecia, a pan profesor odprowadził mnie do samochodu, skłonił się, pocałował w rękę na pożegnanie i życzył szczęśliwej drogi. Wsiadłam do samochodu, a we wstecznym lusterku zobaczyłam powoli oddalającą się postać profesora z książką w ręku. Za chwilę zniknął mi z oczu, jakby to wszystko co wydarzyło się tego wieczoru było tylko snem…

Cóż za spotkanie, aż żal odjeżdżać z pięknego Szczecina, w którym w tak cudowny sposób można jeszcze spotkać ludzi, którzy od samego początku tworzyli historię tego miasta. Wspaniałych ludzi, którzy wykruszają się w nieubłagany sposób. I posłuchać ich fascynujących opowieści, na żywo, gdyż żadna, nawet najlepsza książka nie odda nastroju takiego spontanicznego wieczoru. To ukoronowanie mego pobytu w kraju.

Kartkę z dedykacją i autografem wkleiłam oczywiście starannie do książki.

Czerwiec 2013