Piastów 14

Danuta Romana Słowik

Piastów 14

– Witam Cię Zbyszku, poznajesz mnie?

– No… nie, przepraszam, ale nie pamiętam

– A pamiętasz Dankę Jabłońską?

– Danusia? No jasne, teraz cię poznaję, daj pyska, niech cię uściskam!

Wszystko zaczęło się przed paroma miesiącami. Znajoma pożyczyła mi książkę mówiąc, że z pewnością mnie zainteresuje. Tytuł „Bambino”, autorka Inga Iwasiów. W pierwszej chwili ani tytuł ani nazwisko autorki nic mi nie mówiły. Ale mimo tego od razu zaczęłam czytać. I teraz mogę powiedzieć, że wszystko, co przeżyłam w tych ostatnich dniach maja 2012 roku zaczęło się w barze mlecznym „Bambino” przy Placu Kościuszki w Szczecinie. Do tej pory pamiętam smak naleśników z serem i śmietaną.

To właśnie ten bar wybrała pani Iwasiów za tło swojego opowiadania o ludziach Szczecina, o ludziach takich jak ja, moja rodzina, moi sąsiedzi, moi znajomi ze szkoły czy z podwórka. Strona po stronie odnajdywałam się w tej książce. Oczami wyobraźni umiejscawiałam akcję książki w moim rodzinnym domu przy Alei Piastów 14, wśród moich sąsiadów i moich osobistych wspomnień. Czułam nieodpartą ochotę porozmawiania z autorką. Chciałam jej przede wszystkim podziękować za wzruszenia jakich doznałam czytając jej książkę. Zadzwoniłam, podziękowałam, opowiedziałam w skrócie dlaczego tak się wzruszyłam, przecież akcja książki toczy się na Piastów a ja wychowałam się pod czternastką. „A kiedy wyprowadziła się pani spod czternastki?” – zapytała spontanicznie pani Iwasiów. „ To było chyba na początku 1970 roku” – odpowiedziałam zaskoczona trochę tym pytaniem, „czemu pani o to pyta?” – dodałam. „Bo ja też wychowałam się na Piastów pod czternastką.” – usłyszałam w odpowiedzi. Wydawało mi się, że śnię. W taki sposób spotkać na swojej drodze życia sąsiadkę sprzed pół wieku? Po chwili słowa potoczyły się już jak lawina…

Kilka tygodni później spotkałyśmy się ponownie w Szczecinie. To była bardzo daleka droga. Ze Szczecina wyjechałam w 1975 roku. Początkowo do Stargardu, potem do Sosnowca aż wreszcie w 1984 roku do Niemiec, do Nadrenii Palatynatu. I raptem siedziałyśmy przy kawie, dwie sąsiadki z Piastów i wspominałyśmy naszych wspólnych znajomych. Dowiedziałam się, że niektórzy z moich towarzyszy dziecinnych przygód nadal żyją w tej wspaniałej kamienicy. Wiedziałam, że kiedyś z pewnością ich odwiedzę. 20 maja spotkałyśmy się ponownie. Nie miałyśmy dużo czasu na rozmowę, ale powiedziała mi, że za kilka dni będzie wielka uroczystość na Piastów 14. Na drugim piętrze, na balkonie byłego mieszkania pana Antoniego Kaczorowskiego, będą śpiewane arie operowe ku czci jego pamięci. Już byłam pewna, nadszedł dzień, kiedy znowu odwiedzę moje stare kąty. Tak więc dwa dni później zapukałam do drzwi Zbyszka J, po 45 latach.

W sobotę, 26 maja koło godziny 11 wjechałam na „moje” podwórko. Zaczęłam rozglądać się za miejscem do zaparkowania gdy zobaczyłam Irenę, żonę Zbyszka, która wskazała mi wolne miejsce na parkingu. Koło Ireny stała pani, twarz jakby znajoma, ale to nie mogła być pani J. – wiedziałam przecież, że zmarła przed laty. Widząc moje zakłopotanie uśmiechnęła się i powiedziała, że nazywa się Teresa J. No jasne, teraz ją poznałam! Obok stały jeszcze dwie młode panienki – to córki Mirka J. Za chwilę przyszedł również Mirek. „Cześć Danusia, pamiętasz jak się ganialiśmy po dachach?” „Pewnie, wszyscy nam tego zabraniali, ale i tak na dachu najlepiej bawiło się w chowanego”. Poszłam z Mirkiem na drugie piętro. Przedstawił mi swoją żonę, oprowadził po mieszkaniu i poprosił Elę Sz. żeby do nas przyszła. Ela, moja najbliższa przyjaciółka! Do tej pory pamiętam, jak alfabetem Morsa pukałyśmy w grzejniki w kuchni. I jej mama. Pani Sz., w wieku 86 lat a od razu ją poznałam, jakby nic się przez te lata nie zmieniła. Za chwilę dojechała z Pogodna Wanda – moja siostra. Przez okno widać było już samochód transmisyjny więc zeszliśmy na dół. Zbyszek pokazał mi panią mówiąc, że to Lula K. Podeszłam do niej, padłyśmy sobie w ramiona, przedstawiłam jej Wandę – radości nie było końca. Z boku podeszła do mnie pani i przedstawiła się jako córka pani Irenki S. Mój Boże – to przecież Iza, ta kochana dziewusia, która płakała gdy śpiewano przy choince „Lulaj że Jezuniu” sądząc, że chcą już ululać do snu Izunię. A ta pani obok? To Asia, córka Hani F., więc siostrzenica Izy. Serce mi się ścisnęło – dowiedziałam się bowiem, że Hania, moja „Królowa śniegu”, starsza koleżanka a przyjaciółka Wandy, już od nas odeszła. Ale była w tym dniu z nami – Asia przyniosła jej ulubiony kołnierzyk, biały, z dwóch półokrągłych części, taki jaki przypinało się do sukienki, i cały czas gładziła go czule na swojej spódniczce.

Poza tym poznałam ludzi, którzy zamieszkali w tej kamienicy już po mojej wyprowadzce.

I raptem rozmowy ucichły a z góry, z balkonu na drugim piętrze, słychać było muzykę i arię, którą kiedyś śpiewał pan Kaczorowski. Znajomy głos i natychmiast powróciły wspomnienia. Operetka na Potulickiej i te wspaniałe przedstawienia na które chodziłam z rodzicami. Czasami w mieszkaniu, w ciepłe dni, gdy okna były pootwierane, słychać było jak pan Kaczorowski śpiewał przygotowując się do swojej roli.

Przed domem zgromadził się tłum zasłuchanych ludzi a gdy śpiew ucichł, rozległy się owacyjne brawa, jak wówczas, gdy pan Kaczorowski żegnał się z widzami po ostatnim przedstawieniu. Redaktorki z Radia Szczecin rozmawiały z Lulą K, która przyjechała specjalnie na tę uroczystość ze Szwecji, z sąsiadami Kaczorowskich a kamerzyści Telewizji Szczecin kręcili wszystko i wszystkich dookoła. Atmosfera była wyjątkowa.

Przeszliśmy na podwórko, już tylko ścisła grupa mieszkańców. Tych współczesnych i tych dawnych. W bagażniku miałam schłodzoną butelkę szampana i jednorazowe kieliszki. Kiedy ja składałam kieliszki w całość, Mirek odkorkował butelkę. Po kropelce starczyło dla wszystkich i wypiliśmy uroczysty toast za pamięć o panu Kaczorowskim i za nasze spotkanie. Zbyszek z Ireną zaprosili wszystkich na kawę i doskonałe ciasto – domowej, sąsiedzkiej produkcji – i długo jeszcze opowiadaliśmy swoje dzieje.

Odnalazłam tych ludzi po 45 latach w cudowny sposób po przeczytaniu „Bambino”. Wiem doskonale, że gdyby nie „Bambino”, nie wiedziałabym nawet co mnie w życiu omija. Wiem również, że ilekroć będę w Szczecinie, z pewnością zapukam do drzwi moich przyjaciół z dzieciństwa.

Ciąg dalszy

Poetka, prozatorka, publicystka, animatorka kultury, malarka. Szczecinianka, choć urodziła się w Międzyzdrojach. Od roku 1984 przebywa w NadreniiPalatynacie, ale jest szczęśliwa, że po latach doczekała Europy bez granic, bowiem obojętnie pod jakim niebem – Nadrenii -Palatynatu czy rodzinnego Szczecina, lub w rodzinnym domu w Stargardzie – wszędzie czuje się wolna i „u siebie w domu”.

Podróżuje z przyjemnością po Europie a wrażenia z tych podróży opisuje w wierszach, opowiadaniach i felietonach. W wolnych chwilach maluje olejne obrazy, rysuje piórkiem i węglem.

Jest autorką czterech książek:

– TUŁACZE LOSY – Opowieść w dwóch częściach, (Volumina 2011, Ridero, 2017)
– EUROPA BEZ GRANIC – zbiór wierszy pisanych na obczyźnie. (Volumina 2011)
– ZŁAMAĆ SKRZYDŁO MOTYLA – tom poezji (seria: akcent, Hogben 2017)
– ROZMOWA… Z JEDNEJ NOCY- powieść(seria: akcent, Hogben 2017)