Refleksje po wyjeździe do Szczecina

My i sąsiedzi

Stowarzyszenie partnerskie Städtepartner Stettin e.V. (Berlin Friedrichshain-Kreuzberg – Szczecin) i Dom Kultury Skolwin już od lat prowadzą działalność, która ma na celu nawiązywanie kontaktów i wzajemne poznanie się. Po raz pierwszy miałam okazje spotkać członków Stowarzyszenia podczas wizyty na grobie profesora Brückner wa dniu 1 listopada. Potem brałam udział w instalowaniu wystawy fotograficznej „Szczecin – kadry drugie” w ratuszu Kreuzberg przy Yorckstrasse. A następnie wzięłam udział w wernisażu. Poznałam wtedy masę ludzi zainteresowaną współpracą polsko-niemiecką czy konkretniej: szczecińsko-berlińską. Byli to przeważnie Niemcy, którzy z dumą opowiadali o sukcesach Stowarzyszenia, o jego prezesce – Ewie, o osobistych więziach, przyjaźniach… Było to tak zachęcające, że postanowiłam od Nowego Roku dołączyć do sympatycznego grona. Najbardziej zaimponowało mi to, że w tym stowarzyszeniu wszyscy członkowie się angażują, że mają poczucie, iż są sobie wzajemnie potrzebni, a nie, jak to zazwyczaj bywa, zarząd działa, a reszta ma podziwiać i oklaskiwać wspaniałych działaczy.

Okazją do lepszego wzajemnego poznania się była wycieczka do Szczecina, w której też wzięli udział w większości Niemcy. Atmosfera od początku była bardzo serdeczna, czuło się potrzebę rozmawiania ze sobą. W tym gronie byłam nowa, więc ciekawość kim kto jest była, jak najbardziej zrozumiała…

Początkowo podczas spaceru wymienialiśmy się zdawkowymi informacjami o sobie, natomiast już przy stoliku można było rozgadać się na dobre. Podczas przerwy na kawę siedziała koło mnie Niemka, która – jak powiadała – źle znosi obecną politykę w Niemczech z powodu masowego najazdu uchodźców. Widok dzisiejszej ulicy w Berlinie jest jej obcy, to nie jest jej kraj, to jest okupacja. Byłam zszokowana tą wypowiedzią, zwłaszcza słowem okupacja. Powiedziałam, że może i okupacja, ale pokojowa. W Polsce też była okupacja – wyjaśniałam – ale niemiecka i zbrojna. Widziałam niezbyt przyjazną reakcję, ale dalej ciągnęłam temat kanclerz Merkel, którą podziwiam, i nie ja jedna, za humanitarny gest. Potwierdzali to inni, przeważnie Polacy, jednak rozmowa z tą panią już nie kleiła się. No i dobrze, trzeba było iść dalej w drogę!

Natomiast podczas przerwy obiadowej przy moim stoliku usiadło sympatyczne małżeństwo, tzw. ciało pedagogiczne, nauczyciele jednej ze szkół berlińskich. Opowiadali, że interesuje ich nasza historia, kultura, jakie miasta zwiedzili w Polsce, i że wszystko dookoła jest dla nich ciekawe i fascynujące. Miło się słuchało, przyjemny balsam dla duszy…

Najbardziej zaciekawiła mnie ich relacja o wyjazdach zagranicznych młodzieży szkolnej, które są obowiązkowe w programie szkolnym. Któregoś roku kolej przyszła na Polskę, co wywołało wśród młodzieży wielkie zdumienie i powszechne niezadowolenie. Nikt nie chciał jechać do Polski poza uczniami pochodzenia polskiego. Argumentacja przeciw tej wycieczce była wręcz irracjonalna, pojawiały się opowieści o strasznych kryminalistach, potwornej biedzie i zacofaniu. Władze szkolne postawiły jednak warunek: Polska albo nic – tak zadecydował Senat Berlina i tylko wycieczki do Krakowa, Auschwitz i Zakopanego otrzymają dofinansowanie. Wyjazd się odbył i trwał dziesięć dni. I co?

I okazało się, że młodzież po prostu oszalała na punkcie Polski. Wszystko się podobało, zachwytom nie było końca. Chwalili się zdjęciami pytając innych, zgadnij, jaki to kraj? – pokazując zabytki Krakowa.

– A jakie były reakcje podczas zwiedzania obozu koncentracyjnego w Auschwitz? – zapytałam

– Byli mocno dotknięci, długo nie mogli pozbierać myśli, panowała totalna cisza nim doszło do pierwszych rozmów.

Jednym słowem, nic tak nie zbliża narodów, jak wzajemne poznanie się. Tym razem warto było zobaczyć nie tylko Szczecin, ale posłuchać opowieści i podzielić się doświadczeniami. Podróże kształcą, nieprawdaż?