Sedina z Rzymu a nie ze Szczecina

Jeśli, drodzy Państwo, byliście jak ja przekonani, że Sedina, legendarna patronka Szczecina, była kimś na podobieństwa Kraka i Wandy dla Krakowa lub Warsa i Sawy dla stolicy, to byliście w grubym błędzie. Brigitte von Ungarn-Sternberg (na zdjęciu po lewej), członkini Zarządu naszego Stowarzyszenia, która 29 września zorganizowała wycieczkę w poszukiwaniu Sediny, okazała jednak zimną krew i nie mrugnęła powieką, gdy nasz wspaniały przewodnik, Maciej Dobromilski, stojąc przy fontannie Sediny (Manzel-Brunnen), zwanej oficjalnie Pomnikiem z kotwicą, oznajmił nam, że Sedina była rzymską boginią kupców, żeńską wersją Merkurego, i że nie ma mowy o żadnej Sedinie-Szczecinie… Poza tym jednym rozczarowaniem wycieczka okazała się nad wyraz udana i, powiem szczerze, dziwię się, że zgłosiło się na nią tak mało uczestników. Ale za to byliśmy wspaniałą grupą.

Zwiedziliśmy ratusz zwany czerwonym, w którym kiedyś urzędował słynny burmistrz Haken, twórca Wielkiego Szczecina, a dziś mieści się urząd Morski.

Szczecin ma podobno cztery ratusze (w tym jeden zwany Pałacem Szpinakowym – to budynek Urzędu Miasta pomalowany na zielono) – my tym razem obejrzeliśmy dwa, drugi zwany  Starym.

Najpierw jednak poszliśmy obejrzeć ową wykonaną w 1898 roku Fontannę Sediny,  dzieło słynnego berlińskiego rzeźbiarza Ludwiga Manzla. Merkury czyli niejako brat czy też wspólnik bogini – siedzi u jej stóp. Pomnik symbolizował Szczecin jako hanzeatyckie miasto handlu, żeglugi i przemysłu. Rzeźba zaginęła podczas II wojny światowej. Podejrzewa się, że została przez Niemców zdemontowana i gdzieś ukryta, bądź przetopiona na cele wojenne.

 

Stary ratusz wznosi się na Rynku Siennym, o którym już kiedyś na nasze zaproszenie Ania Neubauer wygłosiła wykład w Regenbogenfabrik. Powiedziała wówczas, że jest to plac, na którym każda pierzeja reprezentuje inny czas, inny ustrój, często inne państwo i innych styl architektoniczny.

 

W Zamku Książąt Pomorskich obejrzeliśmy festyn średniowieczny, a potem poszliśmy do restauracji zamkowej Na kuncu korytarza, serwującej dobre jadło pomorsko-szczecińskie, w tym słynne śledzie po szczecińsku. Lokal prowadzi znany szczeciński regionalista, Bolesław Sobolewski, autor wydanych po polsku i niemiecku szczecińskich gawęd, przeplatanych przepisami na staroszczecińskie portrawy jak golonkę w piwie i miodzie lub żeberka.

Po lanczu grupa zwiedziła jeszcze katedrę świętego Jakuba i wjechała na wieżę, ja zaś zahaczając szybciutko o Kino Pionier, najstarsze czynne bez przerwy kino na świecie (działa od roku 1907), gdzie akurat wyświetlają kontrowersyjny “Kler” Smarzowskiego…

Ja zatem pobiegłam na Plac Kościuszki, żeby na festynie ulicznym spotkać się z przyjaciółmi z Rad Osiedli Zachód i Turzyn. Kilka osób z grupy dotarło po godzinie, właściwie na zakończenie festynu, zdążyli się jednak uraczyć kawą i zupą gulaszową (podobno pyszną), ja zaś dostałam… książki i dynie.  O czym za chwilę napiszę gdzie indziej, ale tu umieszczę linka.